Seszele, luty 2014

Wreszcie nadszedł ten oczekiwany dzień ;)

Co prawda w Polsce mrozów nie ma ale to słońce które na mnie tam czeka jest jak wielki, ogromniasty magnes.

4 lutego wylatujemy.
Tym razem lecimy przez Dubaj . Przeważnie latamy przez Qatar lecz tym razem jest inaczej.
Jak zawsze lot samolotem na Seszele jest wielką przyjemnością. Z Warszawy na Seszele leci się najpierw ok 4,5 godziny do kraju przesiadki. Tam jest około 2 godzin przerwy na rozprostowanie kości a potem ok 4,1 godziny. Na Chorwację autem jedzie się około 11 godzin non stop.:)


Lotnisko w Dubaju.
Jest przeolbrzymie lecz sam dworzec bardzo zgrabny i dobrze oznaczony.
Lotnisko w Dubaju, to chyba jedyne lotnisko na świecie gdzie ceny są takie jak w mieście.
Kilka restauracji z różnymi kuchniami świata na pewno trafią w czyjeś gusta i smaki. Wybrałem chińczyka. Po pierwsze dawno nie jadłem chińszczyzny a po drugie w drzwiach restauracji stała pani z tabletem w ręku i pokazała mi obrazki wszystkich potraw. 22 wiek :) Kelnerka kładzie na stole tablet i można sobie wybrać obrazek , który ma się ochotę zjeść ;)
Lubię tak, zwłaszcza że tam jak coś się raz nazywa "zupa miso" to zawsze tak samo się nazywa i wiadomo czego można się spodziewać na talerzu i smaku.
Nasza krajowa gastronomia uwielbia słowotwórstwo. W menu napisane jest "Szlachetny kotlet zbója Tomasza"… a jak się dopyta kelnera co to jest , to w odpowiedzi się słyszy.. no w sumie to jest to taki normalny schabowy.

Seszele
Lubię ten moment, gdy wysiadam z samolotu i czuję jak rozgrzane , pachnące klimatem zwrotnikowym powietrze napada na mnie i uderza mocno .
Sprawna odprawa, część załogi jedzie od razu po zakupy, godzina 12.10 wypływamy.
Żeglujemy na południe wysypy Mahe do zatoki z rafą, by jak najszybciej wskoczyć do wody.
Lecieliśmy nocą, więc trochę niedospani od razu dostaliśmy skrzydeł gdy kąpiel zbliżała się z każdą milą.

Wspaniałe miejsce snoorkujemy na 3 metrach. Ryby, kolory i pierwsze płaszczki wylegujące się na dnie… mniam.

5 lutego środa
Rano skoro świt koło 7 rano podnosimy kotwicę i płyniemy na Praslin.
Spokojna woda, wiatr około 8 węzłów . O 13 tej jesteśmy już przy wyspie. Wspólną decyzją nie wpływamy od razu do mariny lecz skręcamy przed wyspą w lewo w poszukiwaniu miejsca nurkowego…
Kotwica poszła w dół, maski i płetwy na swoim miejscu , czyli tam gdzie nasze oczy są spragnione widoków a nogi będą naszym napędem w odkrywaniu i eksploracji podwodnego świata.

Zaczęło się od niemego westchnienia wydawanego pod wodą… ah jak mi dobrze.
Woda jest tak przyjemnie ciepła, że absolutną przyjemnością jest wskakiwanie do niej z zaciśniętymi ustami w oczekiwaniu na szok termiczny.
Wskakujemy i wyłazimy, złazimy i włazimy niezliczoną ilość razy do wody , której koloru nie da się określić, bo jest taka paleta barw , że aż trudno sobie to wyobrazić oglądając nawet najwspanialsze zdjęcia z tego rejonu. Błękit, granat, turkus, lazur… czasami w jednym miejscu wszystkie te kolory potrafią być widoczne na raz a woda przed nami jest jakby podzielona na strefy kolorystyczne..

Ooo boja...
Nie opodal nas kołysało się lekko na pomarszczonej kilka boi rybackich. Przepływaliśmy koło nich szukając najlepszego miejsca na postój więc wiedziałem że są na głębokości około 10 metrów..
Ekspedycja pontonem w ich stronę wyruszyła by dowiedzieć się jakim sposobem miejscowi robią połowy i czego. Może to będą sieci, lub sznury do klatek leżących na dnie…. ? A może jakieś ryby już są złowione i będziemy je mogli zobaczyć w krystalicznie czystej wodzie…
Z pontonu siedząc na burtach zsuwamy się do wody na różne sposoby. Można się wywrócić na plecy albo zjechać nogami w dół jak na zjeżdżalni…
To były klatki, lecz niestety puste.
Dno idealnie piaszczyste i płaskie, szkoda pomyśleliśmy i wracamy w pław a Maciek zostaje z pontonem.
Płynąc w stronę jachtu z lubością napawamy się widokami różnych ryb. Dno się zmienia z piaszczystej pustyni na polanę którą porastają długie na metr brązowo zielona roślinność. Ta trawo krzaki podobne troszkę do naszego bałtyckiego morszczynu. Porosty długie na około metr falują łagodnie w rytm prądów wody… aż tu nagle.. żółw, prawdziwy morski żółw szylkretowy jak owca na łące się pasie. Wspaniały widok, Już wiem, że podwodna kamerka będzie moim pierwszym zakupem jak wrócę do kraju. Pierwszy dzień wyprawy a już były ryby, płaszczki i żółwie..

Zostałem szefem
Wskoczyłem do wody na nogi z maską na twarzy. I jakie było moje zdziwienie, gd

y bąbelki wody koło mnie zniknęły a ja zobaczyłem dziesiątki małych pasiastych srebrno czarnych rybek patrzących z zaciekawieniem na mnie. Ja w lewo a one ze mną w lewo, ja w prawo one za mną. Ja nurkuję a moje nowe przyjaciółki cały czas mi towarzyszą. Raz całe stado jest pode mną, raz nade mną a czasem są wszędzie dookoła mnie. Albo zostałem ich szefem albo przewodnikiem stada ;)

Płyniemy pontonem na najbliższą plażę, gdzie podglądamy kraby, walkę jaszczurek i zbieramy kokosy. Z takimi trofeami wracamy na jacht. Odpalamy maszynę i już na silniku jedziemy do mariny na wyspie Praslin.
Wcinamy kolację, pijemy wino i padnięci po 5 godzinnych kąpielach i nurkowania idziemy spać.

6 luty czwartek
Wyprawa eksploracyjna po wyspie.
Wyruszamy o 10 tej. Miejscowy przewodnik zabiera nas swoim busem w trasę.
Objechaliśmy całą wyspę dookoła, Praslin jest trochę pagórkowata i nikt z nas nie przypuszczał, że będą się z niej rozciągały widoki prawie jak z samolotu…

Punkt kulminacyjny, to wizyta w parku narodowym w którym rosną słynne Coco de Mer. Endemiczny gatunek kokosa , który występuje tylko tutaj.

Chcemy zjeść w lokalnej knajpce coś miejscowego, lecz okazało się , że jest zamknięta. Popularne "Take a Way" Otwiera swoje podwoje o 12 tej w południe i jest zamykana jak się skończy, to co było przygotowane. To rodzaj baru szybkiej obsługi . 6 metrów kwadratowych, lada z podgrzewaczami i szeroki parapet pod ścianą, to całe wyposarzenie lokalu. Przygotowują 5 potraw, Są codziennie świeże. My byliśmy przed 15 tą, i już było wyprzedane wszystko a nasz "Take a Way" zamknięty.
Nasz zaprzyjaźniony pan gotuje nam katering na kolację. Usmaży nam barakudę, którą złapał John a od siebie dołoży lobstery i miejscowy przysmak , pieczonego nietoperza.
Barakuda smażona, nietoperz w sosie i dwa lobstery… niebo w gębie..
Mimo początkowych obaw co do nietoperza każdy spróbował i okazało się że smakowo całkiem całkiem. Takie skrzyżowanie gołębia z kaczką. Mięsa mało, bo i nietoperek też nie jest sztucznie wychodowany.
To najbardziej eko kolacja jaką jadłem w tym roku.

7 luty piątek
Wypływamy z Praslin. Kierunek La Dique.
Godzinka i jesteśmy na nowym miejscu. Było trochę kłopotów z zakotwiczeniem. Wiatr się wzmógł i mocno północno zachodni wiatr spychał nas mocno ściągając kotwicę. Godzina trudu i kolejne podejście zakończyło się sukcesem.
Pojechaliśmy zwiedzać wyspę rowerami. Najpierw na najpiękniejszą plażę świata Anse Source d'Argent, wymienianą na 4 miejscu przez RANKING MILESAWAY TRAVEL
A potem na pyszną kolację rybną na własny jacht.

John , który płynie z nami łapię codziennie tyle, że żeńska część załogi prześcigają się w coraz to nowych przepisach a to Carpaccio a to tatar a to jeszcze smażony, duszony… po prostu palce lizać.
Szkoda tylko ze na Seszelach pieczywo jest białe i gumowate, podobne do naszego tostowego.

8 luty sobota
Płyniemy na wyspę Kokosową… ależ raj podwodą. Na głębokości nie większej niż 1-2 metry jest takie przedstawienie , że wow... oj przydała by się kamerka . Mnogość ryb, ich kolory i ta ufność… pływają koło nas jak gdyby nas tam w ogóle nie było. Moje ryby w akwarium są bardziej strachliwe.
Na kotwicy trochę buja ale wszyscy już to znoszą dzielnie, wręcz zaczyna to im się podobać... :)

9 lutego niedziela
Wracamy do La Dique
Kolejna plaża - Anse, na którą jedziemy na wycieczkę, to największy bajer jaki można sobie wyobrazić. Dwu metrowe fale niebiesko zielonkawej wody , które robią z nami co chcą ;)
Każdego kogo fala unosi, widać go .. jak ludzika w galarecie.. :) Można tutaj spędzić cały dzień plażując się i serfując na falach.
Po powrocie z plaży zakupy i dalsza wycieczka. Tym razem w zupełnie odwrotnym kierunku. Jakie to zdziwienie gdy jedziesz na rowerze z górki a tutaj nagle się okazuje że na drodze leży sobie wielki żółw ?;) Strasznie dziwne J U nas takich nie ma ;).

Wieczorem zaliczamy dyskotekę przy muzyce miejscowej kapeli gdzie przeważało współczesnych europejskich coverów też nie zabrakło. Dyskoteka udana ... Ci co poszli, to się wytupali na maksa. Przy okazji też zobaczyli jak się dwóch miejscowych poszturchało ;) a że centrum ma 200 na 20 metrów, więc miejscowi stróże prawa od razu znaleźli się na miejscu.

Radio
Jest jedna, wspaniała stacja radia Seszelskiego. Wprowadza słuchaczy w wielkie osłupienie. Grają tam wszystkie melodie i przeboje świata od Stachurskiego po Edith Piaff z jej słynnym przebojem " Non, Je ne regerette rien" posłuchaj oryginału które są poprzerabiane na miejscową nutę, lekkie reagge, swing... Szkoda , że nie mają takiego zasięgu, by ich słuchać u nas.

10 lutego poniedziałek
Kurs na wyspę Curieuse do parku narodowego z największymi żółwiami lądowymi na świecie.
Lądowanie na plaży i aparaty poszły w ruch. Żółw z przodu, żółw z tyłu, z boku, w czapce, bez czapki, pełna sesja.. :)

Po foto sesji z żółwiami wyjście na spacer po wyspie do tzw. doktor’s House co wszystkim oczywiście się jednoznacznie skojarzyło ze słynnym serialowym doktorem... Dawno temu na tej wyspie byli trędowaci. I właśnie pan doktor, który się nimi opiekował miał na tej wyspie swój domek.

Wspaniałe nurkowanie na rafie. Nocujemy stojąc na kotwicy w malowniczej zatoczce niedaleko Doktor's Hause.

11 lutego wtorek
Z La Dique płyniemy do Praslin, bo jak to się mówi „ same się rozładowały akumulatory i lodówka przestała chłodzić” :) Tam podłączamy się do prądu, tankujemy wodę.
Wypływamy z Praslin koło południa do najmniejszego parku narodowego na świecie.
Super żeglowanie wiatr w dobrą stronę, prędkość 9 węzłów o 17 tej jesteśmy na miejscu.
Niestety o tej porze park już jest zamknięty. Podziwiamy świat podwodny, wcinamy Carpaccio z tuńczyka, i tatara i czekamy na poranek...

12 lutego środa
Wycieczka do najmniejszego parku narodowego na świecie na wyspie Moyenne, gdzie jest największe skupisko żywych zwierzaków na metr kwadratowy … Niesamowite wrażenie… żółwie, które chodzą wszędzie, małe, duże i całkiem małe no i te prześmieszne ptaszki troszkę mniejsze niż nasz wróbel za to ubarwione brzuszki mają na czerwono…

Noc spędziliśmy zacumowanie do boi. Rano koło 10 tej zaczął się odpływ, który bardzo nam utrudniał przebicie się przez rafę do wyspy bo. Było strasznie płytko, ale daliśmy radę. Obeszliśmy wyspę dokoła, wróciliśmy na jacht i płyniemy na południe odwiedzić wspaniałe puste plaże na Mahe .

No i jest rekordzik. Johny "fishermens king" złapał wspaniałego tuna – 6,8 kg. Wyglądał monstrualnie a smakował mniammm…. Można tutaj oczywiście łapać wielkie sztuki, lecz my nie przyjechaliśmy tutaj wędkować, tylko przy okazji zarzucamy wędki a może coś się samo złapie ;)
Smażony, i na surowo wg kilku przepisów o których możesz przeczytać tutaj

Bingo odkryliśmy plażę , która miała taki przybój, że żaden aquapark nie ma takiego, Co więcej, w ogóle źle to napisałem, bo porównania nie ma….

Tak nasz wyobracało, że z przyjemnością siedzieliśmy w wodzie aż prawie do zmierzchu…

Problemy zaczęły się przy powrocie z plaży. Wielkie fale spiętrzające i załamujące się są wspaniałe do zabawy i surfingu , lecz jeśli chodzi o pokonanie takiej fali przyboju pontonem, to delikatnie można to nazwać masakra… Ponton pełen wody, dziewczyny trochę przestraszone ale cało docieramy na nasz jacht.

Piasek w majtkach
Piasek na plażach Seszeli jest biały. Nie taki jak u nas żółty z kwarcu, tylko śnieżno-biały ze zmielonego na pył koralowca. Jest jak pył, lub jak to ktoś określił mąka ziemniaczana. Boski, delikatny… lecz wciska się wszędzie. Nawet nie wiadomo kiedy a kąpielówki zaczynają same zjeżdżać pod ciężarem piasku, który siedząc czy pływając nie wiadomo jak się tam dostał..

13 lutego czwartek
Przepiękny dzień, Cały poranek aż do obiadu spędziliśmy na bezludnej plaży i w wodzie.
Zabawa w serfowanie wykończyła nas tak, że obiad zniknął zanim dotarł z kuchni na talerze..;)

Materac
Na co dzień chodzę w kąpielówkach, zmieniam tylko koszulki więc torba tak naprawdę stoi nierozpakowana... a tu dzisiaj taka niespodzianka.
Żółty dmuchany materac zawołał na mnie z torby dopominając się by go zabrać na plażę ;) odkryłem w swoim bagażu dopiero dzisiaj...Dmuchany materac plażowy, który zabrałem specjalnie z myślą o ślizgach na fali... a nawet nie zdążyłem ani razu nadmuchać :)
Wcinamy obiad i płyniemy do Victorii, musimy po drodze jeszcze zatankować jacht i odmeldować się w marinie, bo jutro w czwartek zdajemy rano jacht i wybieramy się na wycieczkę po wyspie. Wylot mamy późno po 22 giej, chcemy zobaczyć wnętrze wyspy i odwiedzić min fabrykę herbaty. Bierzemy taksówkę i jedziemy... Super pomysł dla wszystkich którzy szukają mocnych wrażeń. Wyspa jest górzysta, same serpentyny, droga wąska i ruch lewostronny... Nie dość, że ciasno, buja na zakrętach, to jeszcze cały czas z zakrętu ktoś wypada na czołówkę...:))

13 go lutego, czwartek godzina 18 ta - Ahh, żeby tak jeszcze tutaj ze dwa tygodnie móc zostać…

Oceń:
Udostępnij ten artykuł: facebook google twitter linkedin