Nie da się tego opowiedzieć i opisać. Wspomnienia w duszę zapadaja głęboko.
Jedyne co , to krótki reporterski zapis z tego jak tam było. Zapraszam do czytania.

14 go stycznia Poniedziałek 2013 roku
Dojazd samochodami do Warszawy na lotnisko. Droga minęła bez przeszkód. Zaparkowaliśmy na bardzo fajnym parkingu. Jest oddalony od lotniska jakieś 15 minut, kosztuje 50 zł za tydzień i w cenie jest dowóz na lotnisko oraz przywóz po powrocie. Genialnie praktyczne, pan punktualny jak w zegarku.

15 go stycznia Wtorek
Lecimy . Wszyscy pozytywnie nakręceni, na ten wymarzony wyjazd. Mimo informacji pojawiających się wszędzie że lot trwa 19cie albo nawet 21 godzin jest zupełnie inaczej. Wynika to wszystko z przeliczeń stref czasowych. Tak naprawdę to z Warszawy do Doha w Katarze leci się 5 godzin, tam przerwa na rozprostowanie nóg i kolejne 4,5 godziny z Doha na Mahe. Dużą część lotu zajęła nam gra w żaby i kulki. Ta gra była dostępna w panelach umieszczonych w fotelach. Wciągająca gorzej niż chipsy, zwłaszcza że po przesiadce w Doha okazało się że w nowym samolocie też są żaby i kulki J

WOW,WOW,WOW to słowa, które pojawiły się w mojej głowie na widok wyspy z lotu ptaka. Zieleń palm i niesamowity granat wody. Wszystko wyglądało tak jak miało wyglądać . Po wylądowaniu uderzyła nas temperatura. Wylatywaliśmy z kraju przy -9 stopniach a tutaj powitało nas +28.

Z lotniska do mariny dojeżdża się taksówkami lub jak ktoś będzie miał szczęście takie jak my, to znajdzie autobus, który nieodpłatnie przewozi ludzi na prom. Uprzejmy kierowca zgodził się zabrać nas ze sobą, bo marina jest centralnie po drodze. Za uprzejmość z własnej inicjatywy daliśmy mu kilka euro. W marinie byliśmy koło 8mej rano.

Jacht czekał na nas już przygotowane. Delegacja pojechała do sklepu po zaopatrzenie. Najlepszym wyjściem jest zamówienie taksówki w marinie, bo już zaprzyjaźniony lokalny taksówkarz dobrze się orientuje co i gdzie kupić. Urodzony na La Digue, 17 lat pracował w Grecji. Ma vana na 7 osób. Bardzo fajny pan, pomaga, doradza, nie ma dla niego problemu i jak coś potrzeba załatwi wszystko.

Większość produktów na wyspach jest sprowadzanych. Kurczaki, pomidory, sery, wędliny itp. Nie występują tutaj stąd ich cena jako towarów importowanych jest wysoka o czym na samym końcu w przydatnych informacjach, gdzie są podane przykładowe ceny. Za to ryby… jest ich dużo i w dobrych cenach. Zaraz koło mariny w stronę Victori jest „stoisko” ze świeżymi rybami.

Internet hurra!!
Na Seszelach jest dwóch operatorów. Najlepsze pokrycie ma Cable&Wireless. Kupuje się starter za 2,8 eu i doładowanie. Najlepiej wychodzi zakup doładowania za 499 rupii czyli ok 29 eu. Za tą kwotę mamy 2300 mega dzięki czemu łączność ze światem zapewniona na cały rejs .

Zaopatrzeni w żywność, płyny różnej maści których trochę przywieźliśmy ze sobą... 12.15 wyruszamy, obieramy kurs do parku narodowego STE. ANNE.
Wszyscy zmęczeni, po nieprzespanej nocy w samolocie, lecz chętni by jak najszybciej zobaczyć ocean i wyspy. Kotwiczymy między wyspami Ste. Anne i Moyenne. Są bojki które nie są dodatkowo płatne.
Zaraz po zacumowaniu podjechała straż parku z biletami. 10 eu od osoby i 250rupi/15 eu za jacht jeżeli zostaje się na nocleg.

Pierwsze kąpiele w wodzie ciepłej jak we wannie. Wyprawa pontonem na plażę ste. Anne i naprzeciwko na wyspę Moyenne. Ciekawa historia z tą wyspą. Kupił ją w 1962 roku za kwotę 8 tysięcy funtów pewien anglik. Pan Brendon Grimshaw. Przez te wszystkie lata przywoził i sadził drzewa, krzewy, ściągał zwierzęta. Obecnie jest na wyspie 109 żółwi. Na wyspie jest największe zagęszczenie zwierząt na jeden metr kwadratowy na całych Seszelach a może nie tylko. Dzisiejsza wartość wyspy to 34 mln dolarów. Twórca wyspy zmarł w lipcu 2012 roku i został pochowany na swojej wyspie

Część załogi została na plaży santa Anne i odkryła tam palmę z gniazdkiem….. a ja z Wojtkiem, Moniką i Adim popłynęliśmy pontonem na Moyenne. Dojechaliśmy do plaży , wyciągnęliśmy ponton i weszliśmy do wody zobaczyć co w niej słychać. Jakież było moje zdziwienie, gdy za plecami Wojtka ni stąd ni z owąd za to od morza dopłyną pies na plażę… Na plaży był lokalny pies, który zajmował się pilnowaniem pontonu, warował i nawet cumę w zębach trzymał… w wodzie nic specjalnie nie było, bo płytko i piasek wzburzony. A za chwilę przypłyną z morza kolejny pies w odwiedziny do kolegów.

Pan Brendon Grimshaw nie chciał by po jego śmierci wyspa mogła zostać przekształcona w kurort, dlatego dogadał się z rządem, że zrobią tam park narodowy. Od dwóch lat jest to najmniejszy park narodowy na świecie.
Wstęp 10 euro od osoby jest osobną opłatą za wstęp na Moyenne.
Wieczorem rozpadał się ciepły deszcz dzięki czemu był czas na degustacje rumu Takamaka a w przerwach na łapanie ryb. Wielkie, średnie… łowienie super, bo cyk, i rybka…

16 go stycznia Środa
Deszcz padał do rana. Koło 12 tej się przejaśniło. Wyruszamy w drogę na Praslin. Wiatr wieje pięknie, pełne 6 w porywach 7. Zafalowanie dość spore co lekuśko daje się wszystkim we znaki. Na 18 tą ...

Co było dalej, najlepiej samemu sprawdzić wybierając się do tego raju, na Seszele, które się nigdy nie zmienią. Gdzie przyroda nienaruszoną prawie zostaje a ludzi jak na lekarstwo. Poprostu nie ma....
zobacz nasz  film z rejsu na seszelach

Oceń:
Udostępnij ten artykuł: facebook google twitter linkedin